tata Radek bloguje

2012-05-09 00:29:34
narodziny tragedii z ducha Portishead
Nietzsche pisze, że Eurypides pod wpływem przeintelektualizowanej etyki (i estetyki, i etc.) Sokratesa, usuwał z tragedii greckiej wszystko, co "nierozumne". pozbywał sie tragicznego rozdarcia, miejsca dla doświadczenia mistycznego, dla niepokoju, rugował ducha dionizyjskiego, a już zwłaszcza jego muzykę, wolną panią, która swoje własne obrazy malowała. (btw, powiada Nicze, na koniec ów poniósł klęskę)

wcześniej muzyka tworzyła MIT (em aj ti). chór i aktor. skandalicznie rozdzieleni (metafizyczny skandal) wkładali młotek w mózg widza (jak Lupa w ostatniej scenie "... Marylin"). ale przede wszystkim muzyka - nie naśladowała. nie ilustrowała.

słucham "Machine gun". wali najpierw głuche, a potem tępe (mu odpowiada). i tak w kółko. sieje karabin kule jak u Mirona na Chłodnej. muzyka ilustracyjna? nie! Portishaed tworzy mit. na moich oczach (uszach) rozpisuje tragedię z użyciem dźwięków, niekunsztownych wystrzałów z maszyny perkusyjnej. nalot dywanowy metalicznego industrialu. to nie ilustracja do "Terminatora" czy korespondencji tv. oni tworzą ideał broni maszynowej. ("od tej zabawki przyjacielu chciałbyś ponieść śmierć", etc...). paralel jest więcej: formalność [utworu muzycznego - przyp. ja], która jest  k o n i e c z n a  [podkreślenie - Friedrich Nietzsche] czeka na ujawnienie. UJAWNIAM - nierozumne walenie* to chór, a śpiew wokalistki** to lament aktora. i co? i nic. zostajesz sam na sam z rozdarciem, przez które może (nie musi) przedostawać się Realne.

*zrobić cover "Machine gun" - zadanie dla beatboxera
**głos Beth Gibbons (dobrze piszę?) dla przypomnienia, że mamy do czynienia z piosenką

czy dobrze piszę?

skomentuj (0)


 


2012-04-29 14:24:26
co się dzieje
********.
********  ********  na przystanku  ********  się skóra,
za dużo kserowania i podłej kawy, myśli.

******** wiórki  ********  jak  ******** ,
spod  ********  ciała  ********  się ***-********
i z pogiętą  ********   ********  do nieba zaklęcia.

na jego błagania odpowiadają salwy z ********
****** honorowych. dziarskie chłopaki gaszą pragnienie
wódką z sokiem malinowym i kropką  ******** . fajrant!

agresywne niemowlęta,  ********  wizjami sławy i pieniędzy,
dostają zasłużoną kulkę w łeb od  ********  przyrody.
nie zdążyły  ********  się po ścianach do wielkiej białej dupy,
ani podle opluć polskiej  ******** .

kto  ********  więcej  ******** ?
pyta koryto i zaraz  **** **** odpowiada:
** to jest zupełnie obojętne!

******** obrazy: płonące  ********  **** spadają na chmury,
* pod  ******** widać kościoły, domy i ludzi małych *  ******** .

pewien  ********  chciał rozpiąć  ******** , ale wylała się z niego rzeka krwi.
chyba oszalał. albo to było pod prysznicem.

jedna z drugą dewotka biorą pieniądze za fotografowanie Muzeum Gruzów
Warszawskich. turyści robią sobie z nimi zdjęcia jak z małpami. to ******
chamskie.

nieopodal z  ********   ********  startują rakiety  ******** .
polecą  ******** , lecz  ******** , jak jajka w mikrofali,
popękają wcześniej  ******** .

u innych zaobserwuje ***  ******** remisję oka:
****** skurczy się i sciemnieje, tym kawałkiem ****
nic już nie zobaczysz.

ani tego ognia, którym zajęły się włosy drobnych blondynek, pewnie 
młodych mam, od dymiącej patelni, ani stołów łamiących się 
przy śniadaniu pod łokciami. 

z podłogi w kuchni bucha piekielny żar,
albo mroźna otchłań.
albo nic.

nic bucha jak oszalałe - porywa przypadkowe osoby
i rzuca je na podgrzewany stół. z nieba leje się na nich melasa, i barwniki.
spada wałek. potem nóż. jak przeznaczenie. jakaś ręka kształtuje ich w cukierki.

oby ktoś połamał sobie na nas zęby,
pocieszają się ofiary.

policjanci *  ******** . formują kordon.  ********   ********  ** do siebie
jak lalki Barbie nad rusztem.  ********   ********  ręce, innym głowy.  ********  kordon rusza,
aby odebrać jądra z Sanktuarium Jodorowskiego.
kroczy powoli w obłokach dymu, szurając dziesiątkami butów.

c.d.n.

skomentuj (0)


 


2012-03-12 11:11:13
smarkacz
bo ja mam wrażenie że wszyscy mnie nie lubią i nie rozumieją
mam 14 lat

masz
nikt Cię nie lubi
bo jesteś smarkaczem

nie umiem nie być smarkaczem
tzn. umiem, ale gdy jestem w interakcji z nie-smarkaczem, a nie ze krypto-smarkaczem
bo świat jest zapełniony smarkaczami, którzy się ukrywają. ich smarkaczość jest zepchnięta za smutną samobójczą maskę
ja to widzę od razu

skomentuj (0)


 


2012-01-01 18:38:45
moje życie duchowe
gdy karetka sygnalizuje na ulicy, że wiezie zagrożenie życia, łzy nabiegają mi do oczu. i nie chodzi mi o zagrożone życie, ale o jakość komunikatu.

ekstaza komunikacji. 

gdy karetka pogotowia ma w środku zagrożenie życia, a samochody zjeżdżają na trawniki, ja mam w głowie koguta.

karetka wiezie zagrożenie, a mój mózg składa jej hołd. zazdroszczę karetce trafiania w sedno.

skomentuj (2)


 


2011-12-12 02:10:26
pociągiem
stanęliśmy gdzieś w polu. mam ochotę wyskoczyć. zapach zagajnika upaja, ziemia jest przyjazna, a w krzakach siedzą ptaki. muzyka dzieciństwa: trzy trele, dźwięk długi, wznoszący się, łamie się w połowie. co to za ptak?

czytam blog Porfira, "barwną czytankę z życia"

wciąż stoimy. "w związku z modernizacją lini kolejowej Łodź-Warszawa pociąg będzie miał 25 minut opóźnienia", wyrecytował pospiesznie konduktor. wyglądam z okna. w dali pali się czerwone, pasażerowie wychylają się jak ja. wdycham zapach ziemi, jakichś rowów zarośniętych nie wiadomo czym. gdzieniegdzie jest mokro, gdzie indziej da się przejść suchą stopą. zawsze lubiłem robaki. myśleć o nich. powalone drzewo z pochodem mrówek to było coś!

Radziwiłłów Mazowiecki (napis pod surowym panem stojącym w oknie służbówki). małe domki letniskowe, baba idzie po mleko, pod stopami ma niedawno lany asfalt, wąski. dwa samochody nie przejedą. przesiadywanie na ławeczkach porośniętych mchem (zwykle koloru białobłękitnego, ale teraz, w to mokre lato, pewnie zielonym i mokrym). 

cofnąłbym się w czasie do Paryża. do terroryzująco pięknego popołudnia, nieba o smaku kanapki kupionej jeszcze w Londynie, wody z fontanny La Défense, zachodniej perspektywy na wieżę, trzech kart SIM, wkładanych do aparatu na przemian, aby odebrały upragnioną wiadomość. co się wtedy stało? byłem zawiedziony, ach tak... dodałem trochę kwasu do tego roztworu, dla zabawy, z ciekawości. a to był ustrój, który należało pozostawić w spokoju. 

kolejny przystanek na remontowanej trasie. leżą równo płyty, żwir usypany pod linijkę. dziesięć wagonów przeciska się między pomarańczowymi maszynami. zauważam dwóch miejscowych na skraju lasku. młodzi, byle jacy (marzenie chłopięctwa). stoję w korytarzu myśląc o wakacjach na wsi. dwaj konduktorzy wrócili z końca pociągu. zapobiegliwie zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się do słońca. przeszli obok mnie, zerkając do przedziału, w którym ukryłem swoje rzeczy. uff, zostaję w pierwszej klasie. kilkoro już odesłali ci wierni pracownicy kolei. bo "skoro kupili bilet klasy drugiej, to wagon klasy pierwszej ma jechać pusty!" nawet jeśli oryginalny pociąg został odwołany i tak wszyscy jedziemy tym na krzywy ryj. teraz chwytam z uśmiechem fotony i słucham szumu wiatru.

jechałem kiedyś pociągiem przez Niemcy (trasa na południu). tam krajobraz był zauważalnie uporządkowany. drogi biegły równolegle bądź prostopadle, a rozkład pól cieszy oko matematyka z klas początkowych. raz kościół, raz stodoła. a wokół nich kwiaty. miałem wrażenie, jakby ten kraj wzniesiono na kartce z zeszytu w kratkę. miałem złudzenie, że wystarczy odsłonić wierzchnią warstwę ziemi, żeby ją ujrzeć.

za oknem wschodnioeuropejski chaos zieleni. jodły? jedna sosna. droga szutrowa. dalej zaczyna się płot, ale nie wiadomo po co. kilkanaście słupów zostało bez desek. samotne drzewo (połykacz piorunów). oko nie daje się złapać w takt żadnego porządku, dlatego odpoczywa. wzrok opuszcza swoje stanowisko, odlatuje w niebo, które jest tak samo chaotyczne jak tutejsza ziemia. harmonia mundi. i niech wylewają te nieuregulowane rzeki.

ptak siedzi na drutach. obrócił głowę za przejeżdżającym pociągiem w identyczny sposób, co chłopak w Żyrardowie. 

w Koluszkach dzielny motorniczy poinformował, że nadrobiliśmy 20-minutowe opóźnienie. na stację dotarliśmy tylko 11 minut po czasie. zapewne rozległy się brawa. kobieta, która w czasie przymusowego postoju spytała mnie "o czym mówił ten CZŁOWIEK?" (nie podzieliłem jej pogardy), wygramoliła się na pustą stację. "nie jestem Spidermanem, żeby zdążyć na przesiadkę". zachodzące słońca odbija się w kałużach. ruszamy dalej. w głowie prowadzę rozmowę z Jessicą, która na polskie zwyczaje i absurdy reaguje zawsze pogodnym zdziwieniem. rozmawiałem z nią jeszcze na dworcu centralnym, gdzie sprawdzałem numer peronu na dwóch różnych tablicach i na wyświetlaczu.
- Why did you check it three times, Radek?

z kim jeszcze rozmawiam? są osoby, które przejęły konkretne role w mojej głowie. są też postaci, które w mojej głowie tylko patrzą. korci mnie, żeby spisać wszystkie te dramatis personae, ale to pewnie niewykonalne. z obecności wielu nie zdaję sobie sprawy. po prostu włączają się w tok myśli, gdy są potrzebne, i wypadają jak tylko wypowiedzą swoje kwestie, a ja mogę nawet tego nie zauważyć.

skomentuj (0)


 


2011-11-22 23:46:34
Nieśmiertelne Binh Minh
Znów tu jestem. Wracałem tu, kiedy miałem pieniądze, i wracam teraz. Kryzysowe żarcie. Pod stolikiem nie ma miejsca na nogi. Śródmiejski odpowiednik budy. Pełen wykwint! Pełen ludzi. Luksus nad luksusami. Radio. Kurczak Hip-Hek. Powiedz: "pożywne" tonem wyjaśniającym. Trzy pięćdziesiąt. Ktoś przerywa posiłek i wyciąga portfel. Bambusowy dzwonek. Wchodzą dwaj policjanci. "Aha" - myślę. Kurczak po amerykańsku (czyli z sosem czosnkowym). Kurczak po tajlandzku (czyli bez sosu). Podróże dookoła świata. Policjantów wita mężczyzna z siwą bródką, tłumacz. Self-service. "Uwolnij radość", głosi lodówka Coca-Coli, "za zwrot naczyń do baru dziękujemy :)" (napis poniżej). Uwalniam radość, ale osobie za mną to się nie podoba. "Nie wolno tak przy ludziach jedzących pierdzieć!" - wrzeszczy. Nie, to żart. A dziś śniło mi się, że goni mnie wiadukt kolejowy, zmeniający się w pokręconą rynnę z ropą naftową. Potem odrywałem czarne kawały od pleców, stężały karmel. Rafał piecze tarty. Razem pieczemy. Ale on wciąż o tym mówi. Goni moją rozproszoną uwagę. Jem coraz bardziej nerwowo. Spędziłem tu za dużo czasu. Panie, inni też chcą zjeść. Paniecopan. Ktoś zaczepia ręką o papierową lampę sufitową. "Człowiek-demolka", rzucają jego znajomi. Heheh. Koniec skeczu. Cebula jest dobrze pokrojona, komentuje talerz ich towarzyszka. Nie mówi tego na głos, ale widać to w jej oczach. Czy ktoś tu pluje? Maciej Nowak by się tu nie zmieścił. Czy pana danie było odpowiednio naplute? Tak, było wystarczająco dużo śliny, dziękuję. Recenzja będzie miażdżąca. Ten ryż zaś jest nieśmiertelny. Lubię go. Mam nadzieję, że mnie przeżyje.
skomentuj (0)


 


2011-11-15 15:53:59
rozmowa z nieobecną
- Szukam słowa na określenie kompleksu zachowań, jakie zauważyłem.
- Do jakiegos słowa doszedłeś?
- Depresja.
- Nie podobają mi się tego typu rozmowy.
- Porozmawiajmy inaczej.
- Nie jesteś zdolny.
- Bo nie jestem Twoim bratem?
- Nigdy nie będziesz moim bratem.
- W jakiej roli mnie widzisz?
- Jeszcze nie wiem.
- Co robię źle?
- Jesteś przewrażliwiony na swoim punkcie.
- To czym różnię się od Ciebie?
- Nie lubię w ten sposób rozmawiać.
- Masz do tego prawo.
- Mylisz się.
- Jesteś zakładnikiem tezy o niemożności porozumienia.
- A Ty jesteś zakładnikiem swojej tezy?
- Czy gdybyśmy się połączyli, byłbym zachwycony?
- Byłbym zachwycony! Nie pozbawiaj mnie zachwytów.
- [...]

skomentuj (0)


 


2011-11-14 15:02:54
it went viral
Kot ssie mój brzuch, miarowo uciskając skórę łapkami. Dołącza do niego drugi i oba liżą się teraz między moimi nogami. Wstaję, zostawiając je śpiące pod kołdrą. Ubieram się i wychodzę do windy. Nie działa, drzwi zamykają się i otwierają. Za każdym razem słychać gong. Schodzę schodami. Na półpiętrze ktoś porzucił dziecięcy rower. Jestem na dole. Winda zjechała pusta. Na ulicy też jest pusto. Z rowu unosi się sina smużka. Zaglądam. Zauważam niedopałek, a za nim otwartą rurę. Zmieściłoby się w niej dziecko. Woda kapie gdzieś na blachę. Ruszam pod górę i zapalam papierosa. Na opakowaniu zdjęcie człowieka podczas sekcji zwłok. Podpis informuje, że człowiek ten umarł na raka płuc. Zaciągam się dymem

skomentuj (0)


 


2011-11-05 15:52:45
trzy rdzenie
usiedliśmy dziś na fotelach odwróconych do okna
i patrzyliśmy
w listopadowe słońce

zrobi dla mnie
wszystko



co chwila biegamy do siebie
z kotem w rękach,
aby zrelacjonować, co który nabroił



w tle żurawie
krzątają się wokół żagla

skomentuj (2)


 


2011-10-29 02:11:58
myśl na noc
ludzie, którzy mówią, że zbliżają się do czegoś naprawdę wielkiego, zwykle stają się coraz mniejsi
skomentuj (0)


 


2011-10-27 20:23:26
Strawiński w IKEI

Święto wiosny

muzyka: Igor Strawiński

choreografia/taniec: Mikołaj Mikołajczyk, Tomasz Bazan

przy fortepianach: Anna Kozub, Arnold Dąbrowski

premiera: III. Maat Festival/XVI. Konfrontacje Teatralne, STUDIO TVP LUBLIN, 15 X 2011

współpraca: Muzeum Powstania Warszawskiego


Warszawa u Bazana/Mikołajczyka broczy gruzami jak krwią. Reflektory sceniczne jak bomby spadają na nagich tancerzy. Irracjonalny i przedwieczny Volksgeist nawiedza małą polską stolicę, by wypić jej krew i zeżreć ziemię. Pogański rytuał przeniesiony w XX-wieczną skalę. Ten spektakl mógł się udać!

Mówi się, że premiery są najgorsze. Zestresowana ekipa, stremowani artyści. Lecz poza niedociągnięciami, które można łaskawie zrzucić na garb pierwszego razu, wątpliwości budzą sprawy, że tak powiem, esencjonalne. Zrobić "Święto wiosny" bez kobiet, za to ze rujnowaną stolicą w tle, to świetny pomysł. Gorzej z realizacją. Zapętlone video nuży za dziesiątym razem, a to dopiero jedna trzecia spektaklu. Czyżby Muzeum Powstania Warszawskiego dysponowało tylko kilkoma zdjęciami z wojennej Warszawy? I to na dodatek takimi, w których nie można rozpoznać miasta? Ktoś pomylił minimalizm środków wyrazu z oszczędnością głupiego.

Siłą lubelskiej premiery jest muzyka. Nad dzikim wykonaniem dzieła Strawińskiego można się rozwodzić, entuzjazmować, a nawet przegiąć. Nadekspresja recenzenta może oddać uczucia z premiery w niewielkim stopniu. W aranżacji Anny Kozub i Arnolda Dąbrowskiego na dwa fortepiany czuć siłę prymitywnej mitologii, drapieżny rytm natury, rozrywający kosmos pojedynczego człowieka. Wielkie brawa dla dwojga muzyków, którzy pociągnęli spektakl wysoko do góry.

Za to choreografia budzi ambiwalentne uczucia. Artyści (nie) spotkali się na jednej scenie. Gra na różnicach warsztatowych tancerzy nie wyszła. Mikołaj Mikołajczyk przyszedł z baletu i sprawia wrażenie, jakby mógł zatańczyć wszystko (a nawet unieść się w powietrze). Tomasz Bazan zaczynał w okolicach butoh i ślad zmagań z ograniczeniami tkanki jest w jego ruchach wyraźny. Jednak choreografia rozbita na dwa ogniska uwagi jest zbyt chaotyczna. Tancerze szamocą się w towarzystwie okropnych białych kanap z wiadomego sklepu, a publiczność zerka to w prawo, to w lewo. Złośliwi mogliby stwierdzić, że dostaliśmy dwa spektakle w cenie jednego, jak w reklamie szamponu. Co z tego, że tancerze nie mieli się zetknąć? Grać osobno też trzeba umieć. Nie wystarczy na siebie nie patrzeć.

Nad spektaklem rozpoczynającym III. Maat Festival (do którego „należała” niemal połowa wydarzeń XVI. Konfrontacji Teatralnych) wisi jedno wielkie "ale". Wszystkie pięknie, ale zabrakło woli i skupienia. Szumnie zapowiadane nawiązania do Becketta są zupełnie nieczytelne ("Czekając na Godota" stało się już dla Bazana swoistym tikiem nerwowym). Widać za to inspirację wideoinstalacją Kozyry z 2002 roku. Czy świadoma? Nie wystarczą mądre zaklęcia w wywiadach, aby magia teatru zadziałała. Publiczność wyszła ze studia Telewizji Polskiej oszołomiona muzyką, ale zobojętniała na ruch.


skomentuj (0)


 


2011-10-27 13:37:37
może obetnę paznokcie
może jak je obetnę
to wrócę do poezji z czystą głową
wcześniej chwilę czytałem
(już czułem jak jej muzyka
ściska mnie z każdej strony)

ale napisałem smsa
i odeszła.

skomentuj (0)


 


2011-10-25 13:06:00
dykteryjka pikarejska z życia
(pisownia wielkich liter zachowana, zmiany własne w nawiasach kwadratowych)

12:30
i teraz słuchaj,
12:31 
słucham

12:40 
Baran ustalił, że nie będzie mógł dać Ci [tyle ziarna], na ile się umawialiśmy, ponieważ [nie wykarmiłeś go własną krwią jak ja i reszta trzody], wyjechałeś sobie z [pola] i tak dalej. wiem, że pewnie uważasz, że nie ma racji, ale Baran uważa, że olałeś Jego i Jego [kiermasz], przyznam szczerze, że ja tez tak uważam. Wiem, że może 500 [ziaren] nie jest grą wartą świeczki, ale dobrze wiesz, że nie chodziło tylko o [rozsyłanie pochlebstw] i [zasłanianie słomy w butach]. W razie jakiś pytań - dzwoń do Barana, mam nadzieję, że w głębi duszy przyznasz, że to nie jest czepialstwo, ale takie jest nasze stanowisko.
12:41
hm...
12:41
wpisaliśmy Ci 300 ziaren
narazie wychodze do biura obok, ale pisz

12:43 
dziękuję  
miłego dnia

skomentuj (0)


 


2011-10-09 23:06:08
wiersz w 6 minut
nic więcej nie trzeba pisać
głos w gardle jest jakiś inny, stary już
i westchnienie, mało seksowne,
przychodzi bez winy w młode ciało

na końcu języka majaczy śmiech
skaczą stworzenia ze zmyślonych mitologii
które nie pytają o cel swego istnienia.
I to jest dopiero moc.

nic więcej nie trzeba pisać
przede mną inna mowa się czai
szczęśliwa małym szczęściem, że
nie będzie płacić cudzych długów

szczęście suchego kija na plaży,
że nie wziął za dużo bagażu
i niewiele waluty dla przewoźnika.
I mogą śpiewać pojedyncze włókna.

skomentuj (0)


 


2011-10-04 14:19:55
piosenka pełna energii
obetnij stopę z paznokci
postaw ją na podłodze
spójrz w niebo
przed Tobą cały dzieeeeeeń

skomentuj (0)


 


2011-08-18 16:35:56
zalej wrzątkiem i zaparzaj trzy minuty
wyruszyłeś w podróż
(ile bagażu)
widok za oknem się zmienia,
a ty stoisz w miejscu
(lecz to nie protestancka
etyka żeby pruć
sobie życie)
i cieszysz się, że oddech
to nie ryk silnika,
a widok za oknem zmienia się
i tak.

skomentuj (0)


 


2011-08-13 00:19:11
Hrod beraht
zaczynamy od niefortunnego imienia
które należałoby uwspółcześnić
i odwrócić, aby posłuchać, co mówią
usta przeniesione na czoło

Trebor dopiero się uczy
trzymać zmarszczki na kłódkę
rzadko oglądany przez świat
pełen przedwczesnych spojrzeń

a amfiteatr to przestrzeń w kształcie czaszki
wypełniona uciążliwym jazgotem
czasem trudno odgadnąć
czy słychać oklaski, czy szuranie krzeseł

klaun nie napisałby lepszego wiersza
klaun to jedyna osoba, która przyszła

skomentuj (0)


 


2011-08-11 23:12:20
flickr
oglądam nocą
cudze poranki
pięknie sfotografowane
bródki i
oczka mokre od
głupoty

skomentuj (0)


 


2011-08-08 23:13:40
Gepard i wąż
zapełnianie kartki ogniwami łańcucha
nie musi mieć sensu
wodzenie cieniem ołówka po okręgu
również.
pewnien podróżnik stał w miejscu,
wpatrując się w pień drzewa

---------------------------------------

zapełnianie kartki rombami
nie musi mieć sensu
puls też go nie ma
(o ile nie jest się medykiem.)
pewien podróżnik spakował koszyk
z wikliny i pozostał w domu

---------------------------------------

zapełnianie kartki słowami
nie musi mieć sensu
(o ile nie słuchasz szelestu
rysika z przyjemnością)
skrobu - skrobu . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . 

---------------------------------------

pewien podróżnik nauczył się 
podróży nadświetlnych
(zdaje się dla własnej wygody)
a korzystał ponoć
z dobrych słowników.
travelling without moving, you see

---------------------------------------

zapełnianie kartki słowami
nie musi mieć sensu. o:
mieć - miecz - leczo
musi - Rusi - kwaśny
(nie bez kozery najwięksi podróżnicy,
to ci wygadani: Marco Polo, Cezar, Hemingway)

---------------------------------------

a oto przypowieść:

Mieszkańcy Mongolii chcieli mieć takie domy jak na Rusi.
Uzbroili się więc po zęby, bo miecz każdy posiadać musi.
Ruszając na podbój zapomnieli zdjąć z gazu zupę leczo.
Do odwrotu wnet ruszyli kląc, a niektórzy kwaśno becząc.

Beczą wciąż.
A przygląda im się gepard i wąż.

skomentuj (1)


 


2011-08-03 12:21:00
anatema
zbierz trochę wody w rezerwuarze twych myśli, zanim spuścisz je do sedesu swych ust
skomentuj (0)


 


2011-06-20 22:17:45
robocza
Uświadomiłem sobie to w autobusie lub na boisku szkolnym. Możliwe, że wracałem przez boisko z przystanku lub odwrotnie. Możliwe, że uświadamiałem to sobie kilkakrotnie w różnych okolicznościach, ale zapominałem, bo przez moją głowę płynie Styks.


skomentuj (1)


 


2011-06-20 22:06:52
nie stać mnie na.
kropka już mnie nie fascynuje.
nawet jeśli nachodzi mnie...  o c h o t a
na postawienie przecinka,
zwykle nie mam przy sobie odpowiedniej
kartki

słyszę swój śmiech z przeszłości
sytej i podnieconej,
pryszczatej, powyciskanej,
niewymuszonej, uśmiechniętej,
,,,,,

chciałbym go spotkać wtedy,
gdy upuścił to w kałużę

skomentuj (0)


 


2011-06-20 21:42:02
KONIEC JEST W SŁOWACH
Tomasz Bazan to tancerz i choreograf, którego ambiwalentna miłość do języka i literatury zaczyna przejawiać znamiona obsesji. Jego ostatnia premiera w Teatrze Praga to zapis zmagań z tą trudną miłością. Spektakl udany, odmienny, ciężki jak ołów i piękny.

"Hermeneia" to wyzwanie dla widza, który staje się obserwatorem chorej relacji matki, syna i jego kochanki. Wizyta w wąskim horyzoncie mikrospołeczności nie wszystkim się podoba. W świetle kilkunastu reflektorów skierowanych wprost na publiczność historia staje się zbyt namacalna. Z napiętej sytuacji nie ma wyjścia. Widownia przejmuje paranoję od postaci. Zwrot w twórczości Tomasza Bazana w kierunku literatury zaowocował specyficznym ujęciem języka, naznaczonym seksualną obsesją, resentymentem i bólem. Bazan każe swym postaciom mówić i tym mówieniem nawzajem się zadręczać. Krzywda i krzywdzenie wydają się naczelnymi zasadami współżycia w świecie "Hermenei". Duszną atmosferę przełamuje wejście na scenę Anity Wach. Pierwszemu pojawieniu się jednej z najlepszych polskich tancerek towarzyszy zmiana świateł - z horyzontalnych na wertykalne, z gorącej bieli na zimny błękit - i wejście w muzyczny trans. Taniec momentalnie odbiera słowom ich powagę. Ruch ciała to stan bliższy prawdzie niż mówienie, uczy nieufności wobec gorących zapewnień i wyznań, gorzkich wyrzutów i oskarżeń. Ma w sobie coś pierwotnego, mimo że Anita Wach tańczy z piekielną precyzją. Na gruncie teatru ruchu spektakl odzyskuje swą utraconą w dramaturgii pełnię. Wychodzi poza fizykę egoistycznych relacji międzyludzkich, budując coś na kształt metafizyki tańca.

Młody stypendysta Ministra Kultury, związany z ośrodkiem w Lublinie, może sobie pozwolić w Warszawie na eksperymentowanie, wypracowywanie własnego języka i tworzenie świata osobnego. Tam materia słowa i energia ruchu są przejawami tej samej siły. Ich związek jest naturalny i bezpretensjonalny. Wydaje się, że każda próba czysto intelektualnego osądu "Hermenei" jest z góry skazana na niepowodzenie. Odbiorca musi wyjść z klatki słów, czyli dokonać tego samego aktu, co twórcy spektaklu. Pójść po ich krokach nie jest jednak łatwo. "Hermeneia" to intymna opowieść, której węzły zostały rozrzucone bardzo szeroko - między literaturę piękną, performance, filzofię ciała i antropologię.

Kilka słów należy się aktorom. Gdyby nie charyzma Justyny Wasilewskiej, długie intro zaczerpnięte z twórczości Virginii Woolf mogło by okazać się ponad siły przeciętnego widza. Gdyby nie talent Piotra Trojana, magnetyzująca postać syna straciłaby wiele ze swej wieloznaczności. Gdyby nie doświadczenie Ewy Pająk, relacja matki z synem łatwo osunęłaby się w nużącą telenowelę. Gdyby nie zaangażowanie i skupienie Natalii Kality, nie udałoby się wprost pokazać, że w słowach kryje się koniec świata, który gotujemy sami sobie.

Po premierze słychać było głosy, że "Hermeneia" to dzieło zbyt pesymistyczne. W Warszawie, gdzie aktorzy ze scen mrugają co chwila do publiczności, spektakl bez podobnych tików głowy może rzeczywiście wydać się smutny... Lecz ironia à la Varsovie odchodzi do lamusa. "Hermeneia" ma powagę "T.E.O.R.E.M.A.T.U." i jest równie przemyślana. Inaczej jednak niż u Jarzyny, nadzieja nie kryje się w przybyciu gościa (Mesjasza, Antychrysta czy po prostu rozumiejącego kochanka), ale ma charakter strukturalny. Taniec staje się przewodnikiem po językowych labiryntach umysłów Woolf, Becketta i Pintera. To danse macabre, ale i nieskończona próba życia, próba spełnienia się w człowieczeństwie. Nadzieją na ucieczkę z martwego świata, jaki znamy, jest oddanie się sztuce.

"Sztuka i do widzenia", chciałoby się powiedzieć nadąsanym.

skomentuj (1)


 


2011-05-13 14:28:30
HERMENEIA: Bazan/Wach/Trojan/Kalita/Wasilewska/Pająk/Płanik/Wesołowska/Połynko/Janus
http://www.facebook.com/event.php?eid=208877892468954

Opowieść o społeczności, która osiągnęła kres i nie pozostaje jej nic innego jak tylko czekać na cud. Społeczność ta naznaczona jest Wielką Nieobecnością i przeżywa swoją własną obsesję Mesjasza, który kiedyś zapełni puste miejsce w ich sercach i umysłach. Wreszcie ktoś się zjawia. To wygnaniec, syn marnotrawny śniący swoją własną wersję mitu Powrotu. Spotkanie, którego obie strony wyczekują z napięciem, okazuje się ostatnim aktem Zagłady, którą wszyscy nosili w sobie od samego początku.

Ludzie czekają odkąd droga pod ich stopami urwała się nad nieznanym oceanem. Wędrówka miała trwać wieczność, a kończy się na drewnianym molo. Dalej idą tylko samobójcy, reszta marzy o Wybrańcu, który postawi stopę nad przepaścią. Ludzka droga przypominała dotąd Euklidesową prostą, nieskończoną w swych założeniach i przeto pokrewną Bogu. Pogrzeb prostej w morzu to metafizyczny skandal. Trywialne molo staje się dowodem zawiedzionych ambicji i grobem wszelkiej nadziei.

skomentuj (0)


 


2011-05-03 23:27:40
podpłodność
_Warszawiaku!

_Czy zastanawiałeś się kiedyś, co łączy dwa nowoczesne brzegi Wisły? Co takiego godzi skrajności i napędza życie w mieście? Co wypełnia tramwaje na mostach i kafejki na Pradze i w Śródmieściu? Jest coś takiego, co sprawia, że po którejkolwiek ze stron byś nie stał, czujesz się warszawiakiem_

_Tym czymś jest kultura. Inteligencki nawyk zaglądania tam, gdzie dawno Cię nie było. Rytuał humanisty, który rusza w drogę, by nie zasiedzieć się w wygodnym miejscu. Swoją aktywnością łączysz punkty, które układają się w nazwę Twojego miasta. Przekraczasz granice codzienności, tak jak czynią to ludzie sztuki_

_Przyjedź do Teatru Praga w maju. Zobacz KONIEC PÓŁŚWINI, kontrowersyjny eksperyment Jakuba Porcariego, i daj się wciągnąć w perwersyjną grę z Natalią Kalitą i Piotrem Trojanem. Oszczędź siły na HERMENEIĘ Tomasza Bazana, premierowy spektakl oparty na dramacie Samuela Backetta, ale szukający odpowiedzi w tańcu Anity Wach. Oddaj się szaleństwu KALIMORFY i nie pomyl przypadkiem kobiety z motylem_

_To sztuka napędza życie w Warszawie. Ty jesteś jej nośnikiem. "

a ja wolę wklejać stare teksty, niż pisać nowe. i wciąż mnie zajmuje kwestia położenia przecinka. (polonistyczne koleiny, etc...). o tym, że Strzę&Demi to "zły teatr ale potrzebny", o tym, jak dobrze jest się egzaltować "Lalką", i o tym, jak po niemal roku od EuroPride'u "Enter" dobrze się ogląda.

skomentuj (0)


 


2011-04-19 21:57:07
Terra Antyterra

skomentuj (0)


 


2011-03-31 22:55:54
miss nobody
I.
Pani N. to zagadka. Kiedyś, gdy była młoda, ale coś już przeżyła, przypominała słońce: przypisany na stałe grymaśny uśmiech wewnątrz burzy naturalnych blond loków. Słoneczna, kształtna głowa pani N. emitowała śmiech i dowcip. Szczebiot drobnej psotnicy to było coś nowego dla ludzi przyzwyczajonych do szarych bądź sinych twarzy, z których wydobywały się jedynie słowa. W taką osobę można się wpatrywać i wpatrywać, i nic innego nie widzieć. Dziś już trudno wrócić pamięcią do tamtego czasu, zbyt wiele czerni.

II.
Przyszedł moment, aby spuścić wzrok.
Próba oddechu.
Nic pewnego.
Nie panikuj.

Nie panikuj.
Zobacz, ten martwy ptak,
co czujesz?
No właśnie,
odpowiedź brzmi nic.

(Chodnik lub ulica,
przecież nikt etc.
takie jest życie, etc.)

A teraz spójrz tam -
w dziubli siedzi otyła sowa.

III.
Pani N. to zagadka. Ta sadystka. Ta ofiara. Ta ofiara. Ta ofiara złożona nie wiadomo komu, nie wiadomo po co, ta ofiara, ten demon, ten głaz oblany asfaltem, to dziecko, ten płacz, ten deszcz martwych ptaków, to śliskie dno.

Ten stary człowiek, szarpiący się wśród zgniłych liści, ta panika i mania, i paranoja, i nerwica, i w klęczki, i do wewnątrz, i na zewnątrz, ten ruch wzdłuż cmentarnych prowadnic, po szynach z drutu kolczastego, ten zgrzyt, ten krzyk do telewizora, ta rana po całej lewej stronie ciała.

Ten zawód, "zawiodłam się", zawiodłam się, zawiodłam się do piekła, osiodłali mnie i zawiedli do kopalni czarnego papieru, żebym nie mogła poskarżyć się, zawiodłam się donikąd, zawiodło mnie to w serce i w tarczycę, i w głowę, w kopalni wszystko zawiodło, zawiodłam.

(...)

MCMLVIII.
Łódź. Miasto w środkowej Polsce. Z jajowodu uwalnia się jajeczko. Sunie ku wyjściu. Gdy uderza o ściany błony śluzowej, wiruje. Przez resztę czasu daje się biernie nieść śluzowi. Rzecz dzieje się w ciemności ciała, ale my widzimy je oświetlone. Ekspozycja nie pozostaje bez wpływu na jajeczko. Jest takiem samym okiem, jak ja czy ty. Każdy atom wewnątrz jajeczka odczuwa przepływ fotonów, neutrin i bozonów oddziaływań. Jeśli wznieść wzrok na poziom chemii, a potem biologii, ujrzy się reakcję rangi egzystencjalnego fenomenu. Chciałeś zerknąć? Teraz to wychowuj.

(...)

MCMLXXXIV.
Łódź. Jak wyżej.

(...)

MMX.
Warszawa. Stolica Polski. Liczba ludności: 1 716 855 osób.

MMXI.
Ta pusta plaża. Drobin piasku, ile atomów we wszechświecie. Szum matematycznych fal. Czoła, krzywizny, potencjał, rozrost, eskalacja, przecięcie krzywych grawitacji i siły, limes funkcji rozwoju, emisja energii, coraz trudniejsze równania, dajmy na to - szum. Temat na epopeję - wiatr. Temat na biblię - kosmos. 

Pobaw się z pieskiem. 

skomentuj (2)


 


2011-03-27 23:24:35
po co zapisywać słowa?
etc.

skomentuj (0)


 


2011-03-19 18:42:12
sen
Śniło mi się, że na Ziemię przybyli kosmici. Byli standardowi: wielkie szare głowy, owadzie oczy, superinteligencja, znaczące milczenie. W moim śni nie zaatakowali ludzi. Pozwolili im zbliżać się do siebie. Naukowcy obwieścili wiadomo co, ale nic dobrego z tych zbliżeń nie wynikało. Ludzie za każdym razem w pewnej określonej chwili zaczynali zachowywać się jak lalki. Obcy zamieniali ich w marionetki. Kazali tańczyć na akord, wykonywać absurdalne ćwiczenia, odbierali świadomość. Trzeba było po nieszczęśników wysyłać ich kolegów, by oprzytomnieli. Dla ludzkości to był straszny policzek, upiorny spektakl transmitowany przez wszystkie media świata.

Wiele tygodni prób i wiele tygodni takich upokorzeń. Ci, którzy wrócili, opowiadali o dziwnej muzyce, która odbierała im tożsamość, której musieli się podporządkować. Wreszcie na scenę snu wkraczam ja. Nie daję się zamienić kosmitom w marionetkę. Puszczam sobie "Wuthering Heights" i tańcząc jak Kate Bush w słynnym teledysku podbiegam do jednego z obcych i macham mu palcem przed bulwiastą głową: "nie nie nie". Świat wpada w radosny szał! Człowiek oparł się psychoprzemocy obcej cywilizacji! Staję się ambasadorem Ziemi. Uczę się z rozmawiać z obcymi. Nikt nie wie, jak to robię.

Rząd USA daje mi wolną rękę i przymyka oko na wszystkie moje dziwactwa. Pozwala mi urządzać imprezy, na które spraszam ludzi z całego świata. Puszczam zawsze jakąś muzykę (która wokół mnie nigdy nie milknie) i zażywam wszystkie możliwe psychodeliki. Wszyscy wiedzą, że w narkotykach i muzyce jest zagadkowy klucz do oparcia się świadomości kosmitów. Ja jeden znam prawdę, ale nikt nie chce słuchać. Obcy nie chcą porozumienia. Nie wiadomo nawet, czy działają celowo. W ogóle nie można w ludzkim języku opisać, co oni tu robią. Nie ma z nimi rozmowy, a jedynie wymiana bezsensownych obrazów, które pojawiają się w głowie na marginesie wrażeń. 

Porozumienie w sensie ludzkim jest niemożliwe. Prawda jest przerażająca. Całkowity brak sensu. Czysta przemoc metaforyczna. Wieczna zmiana zasad. Kalejdoskopowa semantyka. Język jak czarne tornado wciągające w pustą nieskończoność. Warunkiem zachowania przytomności w obecności obcych jest zabawa, podważanie wszystkiego, co się wie i uciekanie od stałych myśli, od bezpiecznych przystani w umyśle. "Komunikacja" wymagająca ponadludzkiego wysiłku nieskupiania się. Rozkojarzenie warunkiem zachowania człowieczeństwa.

Mijają miesiące. Wśród imprezowiczów całego świata szukam kompanów. Ludzi na tyle pewnych siebie, że nie zdenerwują się w obecności kosmity, nie przejmą się jego myślami. Tu wiele wariantów snu: pojawia się ktoś taki albo nie. Urządzamy libację z kilkorgiem obcych i ona się udaje bądź nie. Mój kompan zasypia i zaczyna tańczyć co mu kosmici zagrają lub opiera się im. Potem końcówka snu: znów jestem sam wśród szarych istot. Mówią do mnie naraz. Zagłuszają moją rytmiczną muzyką. Słyszę jednostajne bolesne wycie (coś jak muzyka Vytautasa V. Jurgutisa). Próbuję się nie przejmować jazgotliwą pustką znaczenia, ale jestem już zmęczony.

skomentuj (1)


 


2011-03-01 23:05:16
TRISTAN Richard Wagner / Henk de Vlieger | Krzysztof Pastor 18 II 2011
Pierwsze wrażenia mają to do siebie, że bardzo trudno je rozwiać. Dobre pierwsze wrażenie potrafi pokryć późniejsze przykrości - tak, że całość wydaje nam się lepsza i ciekawsza, niż była w istocie. Złe pierwsze wrażenie potrafi zaś doprowadzić widza do takiej gorączki, że zignoruje najlepsze elementy spektaklu, mając twórcom wciąż za złe początkowe potknięcia. Dlatego tak ważne są początki. Początek "Tristana" jest zdecydowanie nieudany. Lecz produkcja Opery Narodowej to rzadki i przez to ciekawy przypadek dzieła, które zaciera złe wrażenie, jakie wywołało na początku.

Orkiestra stroi instrumenty. Zapada ciemność. Słychać pierwsze takty. Kurtyna unosi się i... pierwszy zawód - kostiumy. Maciej Zień wprowadza na deski Opery Narodowej estetykę telewizyjnego show, wrażliwość You Can Dance. Trochę seksu i stereotypu, trochę "gwiezdnego pyłu", do tego szary skaj i sztuczna siwizna. Nieczytelne metafory i zwykła brzydota utrudniają podziwianie kunsztu tancerzy. Widać, że Zień chciał coś osiągnąć, widać  j a k ą ś  myśl, ale to o wiele za mało jak na standardy tej rangi inscenizacji. Gorzka pomyłka. Wrażenia recenzenta potwierdzały zasłyszane w czasie przerwy rozmowy.

Soliści tańczą na tle ubogiej scenografii, od czasu do czasu ożywianej ruchem statystów. Abstrakcyjne, wielkie okna - sygnał matefizycznej Obecności - to jeden z mocniejszych elementów "Tristana", ale kogo należy pociągnąć do odpowiedzialności za tandetne wizualizacje? "Krople wody" i "chmury" - drażnią chwyty znane z reklam wody mineralnej. Czyżby pan Zień zasugerował Katarzynę Nesteruk? Nasycone błękity budują zimną, odrealnioną przestrzeń, w której jest miejsce na fenomenalny taniec, ale nie na przychylność widza. Co innego w drugiej połowie, "gorącej" części "Tristana", gdy na scenie dzieją się prawdziwe cuda... ale nie należy uprzedać faktów.

Zaskakuje szybkie wprowadzenie dużych partii zbiorowych, które choć częściowo rozsynchronizowane, uwodzą skomplikowaniem i symboliką. Krzysztof Pastor ma balet we krwi, jego wizje sa klarowne i piękne - układy taneczne porywają autentyczną swobodą, a rozkład "uczestników tańca" w przestrzeni sceny zdaje się dziełem wieloletnich rozważań i... obliczeń. Pamiętajmy jednak o pierwszym (złym) wrażeniu, które wciąż trzyma nas w swej mocy. Co takiego sprawia, że "Tristan" wychodzi obronną ręką z ostrzału surowej krytyki? Muzyka.

Gdy odzywa się się sopranistka, niebo nad Narodową Sceną rozjaśnia się. Słychać, że mamy do czynienia z dziełem sztuki. Muzyka Wagnera zalewa audytorium, pozwalając mu skupić się ponownie na ruchu tancerzy. Orkiestra prowadzona przez Tadeusza Kozłowskiego jest bezłędna. Gra i współgra z choreografią Pastora na wielu poziomach, a wiele z nich pozostaje niedostępnych profanom podobnym niżej podpisanemu. Zmysł muzyczny zostaje zsynchronizowany ze zmysłem ruchu. Można oddać się czystym emocjom i z trwogą oczekiwać kolejnych taktów.
 
Nagle na scenę wpadają dzieci. Ich żywiołowość rozsadza ramy "Tristana", i wychodzi daleko poza ramy tańca klasycznego w ogóle. Dochodzi niemal do interwencji Realnego - zaskakującego, nie poddającego się konwencjonalnym interpretacjom wydarzenia, które może szokowac lub zachwycać. Kto spodziewał się zachowawczej choreogarfii, srogo się zawiedzie. Układ taneczny nabiera rozpędu, a wraz z nią opowieść o miłości, zdradzie, wierności i esencjonalnych walorach europejskiej kultury. Panie Pastor, znów udało się!

Paweł Koncewoj (Tristan) jest standardowo przystojny i standardowo... perfekcyjny. Choć najswobodniej wypada w zamaganiach z trzema baronami, należy pogartulować mu opanowania w pas de deux z Aleksandrą Liashenko (Izolda), której taniec można określić przymiotnikiem "piekielny". Druga połowa warszawskiego "Tristana" to wielka ulga dla oka i ucha. Lepsza, dynamiczna, cieplejsza. Fenomenalnie giętka, niemal dzika, Liashenko zbiera najlepsze recenzje. Jej sceniczny partner jest pewny siebie i przekonujący. Protagoniści wygrywają najdrobniejsze emocje, nie bojąc się sięgać do technik dalekich od kanonu. Scenografia Katarzyny Nesteruk rozwija się, zapierając dech w piersiach, ale zachowuje swój abstrakcyjny powab. 

Oklaski zbiera sopranistka i fagocista, wyciągnięci niemal siłą na scenę przez Tadeusza Kozłowskiego. Zasłużone. Finał nasyca widzów emocjami, które przez długie minuty wyładowują klaskaniem. Wielkie przeżycie, które psują jednak tanie, pozbawione smaku kostiumy. Cóż z tego? Emocji było aż nadto - starczyło na zaspokojenie próżności, potrzeby umysłu i potrzeby serca, i pokrycie pierwszego wrażenia. To nie lada osiągnięcie, ale chciałoby się chwalić Operę Narodową za co innego.

skomentuj (1)


 




2012
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień